niedziela, 16 stycznia 2011

W końcu widać drugą falę

No i stało się. W Internecie pojawiła się informacja że dług publiczny USA osiągnął 14 bln dolarów. Dla amerykańskiej gospodarki oznacza to koniec. Zgodnie z ich regulacjami anty-recesyjnymi gdy dług publiczny osiągnie 14,3 bln USD należy zastosować środki regulacyjne. A osiągnie, w minionym roku deficyt to zaledwie 1,7 bln USD, a w tym planowy na nie mniej niż 1,3 bln dolarów.
Łatwo wyliczyć, że jeszcze w tym półroczu dojdzie do przekroczenia progu oszczędnościowego, a to oznacza poważne problemu systemu finansowego Stanów Zjednoczonych Ameryki. A tę chorobę już znamy, najpierw chorują USA, upada jakiś amerykański bank (tym razem bank taki wybierze WikiLeaks, które obiecało w następnej porcji danych skompromitować jeden z większych amerykańskich banków), a potem zaczyna chorować cały świat.
Chyba znaleźliśmy drugą falę ostatniego kryzysu. I dobrze, dobrze, że nadchodzi i tak by nadeszła, a tak przynajmniej będziemy mieli to za sobą. Niestety można się spodziewać, że druga fala poważnie sparaliżuje rynek, co najmniej tak jak pierwsza, a to oznacza poważne kłopoty.
Pozostaje nam mieć nadzieję, że nasz Rząd będzie trzymał rękę na pulsie i znów wyjdziemy obronną ręką z kryzysu, ale coraz słabiej to widzę. Choć nie jest tak źle jak w USA, to nasze progi ostrożnościowe też są coraz bliżej (nawet pomimo zabiegów UE przy rozliczaniu OFE). Rząd widzi nadzieję, uratowania naszej gospodarki, pożyczając (a może lepiej powiedzieć „kradnąc”) pieniądze z OFE, ale to pozory, to tylko odłożenie wyroku w czasie, a to niestety nic nie załatwia. Trzeba mieć nadzieję, że przy odrobinie szczęścia i rozsądku, przedstawiciela potomków polskiej emigracji londyńskiej, pana ministra Rostowskiego znów wyjdziemy z problemów jako zielona plama czerwonej Europy.

wtorek, 23 listopada 2010

„Polski Cud”

             No i się stało. Mamy cud, ale nie „irlandzki”, a… „polski”. W minionym tygodniu Die Welt rozpisywał się o sukcesie gospodarczym Polski. W końcu nasi najbliżsi sąsiedzi (i co ważne: istotni partnerzy w wymianie wewnątrz wspólnotowej!) zauważyli, że nasza gospodarka ma się dobrze.
            Nasz polski renesans (oczywiście w wykonaniu typowo polskim) opisują jako kwitnięcie (taaa z nudów chyba). Choć może coś w tym jest. Wszyscy łącznie z Bankiem Światowym, EBC, RPP (a nawet KE się w to włączyła) poprawiają swoje prognozy na nadchodzący rok dla Polski i robią korekty wskaźników przewidywanych za IV kwartał tego roku (oczywiście korekty pozytywne dla nas). Coś tam w tle słychać o „55%”, ale chyba w końcu Polacy zrozumieli, że wysoki wskaźnik deficytu, to nie koniecznie koniec świata, że da się z tym żyć. A co więcej. Bieżąca sytuacja pokazuje, iż pomimo wysokiego zadłużenia może być całkiem, całkiem. Założenia do przyszłorocznego budżetu nie dość, że są realistyczne to w ocenie niektórych (za przeproszeniem) „ekspertów” są pesymistyczne i „na pewno uda się osiągnąć dużo lepsze wyniki”. Może i się uda, miejmy nadzieję, tymczasem dobrze, że mamy margines…
            Oczywiście nawet autorzy przyznają, że optymizm rządu w wypowiedziach ostatnimi czasy bezpośrednio związany był z nadchodzącymi wyborami, ale pomimo tego, Niemcy docenili naszą sytuację.  Chwalą rząd, premiera i cały ten nasz Polski cyrk.
            Wielkimi krokami biegnie ku nam koniec roku, a muszę przyznać, że jestem pełen obaw. Ten rok zmienił bardzo dużo, Euro okazało się porażką, Grecja zubożyła całą Wspólnotę, druga fala… (no właśnie – falo gdzie jesteś?). Zastanawia mnie ten „Polski Cud”. Jakim cudem nam się to udało? Co raz bardziej jednak zaczynam wierzyć, że Pan Premier i spółka nie są tacy … („zieloni” będzie dobrym słowem) jak ich malują.
            Ciekaw jestem co nam przyniesie grudzień i nadchodzący rok. Jedno jest pewne, przyniesie poważne zmiany w budżecie, przyniesie nowy podatek od wartości dodanej i przede wszystkim nową kampanie wyborczą, tym razem przed najważniejszymi wyborami. Myślę, że wielu ciekawych rzeczy znowu się dowiemy, a tymczasem czekając na nieuniknione, zacznijmy udawać, że zapomnieliśmy o drugiej fali recesji, może da się nabrać?

poniedziałek, 8 listopada 2010

Sens

Sens. Każdy z nas zna to słowo. Co więcej każdy z nas zna znaczenie (co by nie powiedzieć, że sens) tego słowa. I myślę, że nie raz w naszych umysłach to słowo występuje w pytaniach, które sobie zadajemy: „czy to naprawdę ma sens?”.
            I to pytanie mnie od kilku miesięcy prześladuje. O sens. Gdy kończyłem studia, zastanawiałem się jakiż sens miało ich skończenie. Czy aby nie zmarnowałem tych kilku lat, bo z wiedzą, którą zdobyłem wcale pewnie się nie czuję. Czy sens miało pakowanie się projekt z Belgami, który kosztował mnie ogrom wysiłku i pracy? Miałem bałagan w głowie, lecz ciągle nie wiedziałem, iż to o „sens” chodzi.
            Przełomowy moment moich rozmyślań i rozterek nastąpił podczas zdobywania Korony Gór Polskich. Gdzieś tam, na szlaku na Rysy (przy cudownej pogodzie – widoczność jakieś trzy metry), minąłem się z jakimś mężczyzną, który zapytał mnie: „Panie, Ty widzisz sens, że tam wchodzisz?”. Właśnie czy ja widzę sens? Odpowiedziałem: „Tak, to 22. szczyt Korony”. Moment. A jaki sens ma zdobywanie Korony…?
            Pojechałem na Zlot do Krakowa. Jaki jest sens pakowania się w ogromną, źle przygotowaną imprezę gdzie jest jeden wielki chaos, a za swoją pracą zamiast słowa dziękuję, słyszy się tylko pretensje?
            Jaki ma sens pakowanie się na trzy tygodnie na łupinkę o długości niecałych 14 metrów, aby nie spać po nocach, ani nie móc w spokoju zjeść posiłku, a żywić się pulpetami i gołąbkami ze słoika? Jaki sens ma to nocne siedzenie przy temperaturze +4 stopni w sierpniu gdzieś pod Helsinkami? Jaki sens ma ta beznadziejna wachta od 4 gdzie oczy same się zamykają, nic się nie dzieje i na dodatek jest flauta przy martwej fali?
            Jaki sens ma szukanie pracy, skoro można jeszcze „postudiować” (nie mylić z uczeniem)? Jaki sens ma robienie czegokolwiek?
            Uwaga! Jest na to odpowiedź dwoma słowami: nie ma. Ja nie widzę. Nie widzę w tym sensu oprócz: robienia czegoś dla siebie, pokonywania własnych słabości, poznawania siebie. Coś czuję, że sens sprowadza się do egoizmu. Często, bo nie zawsze, to co wydaje się bezsensowne, uzasadnienie swojego istnienia ma w nas.
            I pomimo, że to bez sensu, myślę że warto robić takie rzeczy. Warto, nawet jeśli są całkowicie egoistyczne. Po co? Dla nas samych, bo dopiero gdy znajdziemy siebie w sobie, będziemy mogli dobrze służyć innym.

Nuda!

Dochodzi koniec października. Nie było mnie tu od dawna. Od dawna nie przyglądałem się również ze szczególną uwagą naszej gospodarce. Bo po prostu zrobiło się nudno. Co prawda nasz rząd zapowiedział podniesienie VATu do 23%, co w sumie dla konsumentów zmienia nie wiele, dla rządu zapowiada zaś dość spore zyski w przyszłorocznym budżecie. Konsumenci, co więcej, już zdążyli zapomnieć o tej podwyżce i z powrotem notowania pana premiera i kolegów rosną (zresztą dzięki p. niedoszłemu prezydentowi). Grecja nie zbankrutowała (choć zubożyła wiele krajów Unii). W Polsce nadal nie ma Irlandii (i bardzo mnie to cieszy). W Europie nastroje różne, ale wszystko wskazuje na powolny wzrost optymizmu. Drugiej fali kryzysu jak nie było, tak niema (ona chyba naprawdę czeka, aż wszyscy uwierzymy, że nie przyjdzie). Zrobiło się po prostu nudno. Nawet przygotowania przyszłorocznego budżetu nie budzą jakoś sensacji. Mam nadzieję, że atmosfera w naszej gospodarce i polityce się trochę ożywi, bo inaczej będziemy skazani, aby zacząć oglądać jakieś polskie (aby pobudzać naszą gospodarkę) seriale w TV z nudów.

Korona Gór Polskich

Ci co mnie znają, wiedzą że jestem nieobliczalny. Gdy jakiś rok temu po raz pierwszy powiedziałem publicznie o swym planie zdobycia Korony, jedni zrobili wielkie oczy, drudzy zapytali co to, a trzeci (wyjątkowo czule) zmartwili się o stan mojego zdrowia (zwłaszcza psychicznego). W rytmie normalnego życia, moje zamiary odeszły na dalszy plan…
Ale wróciły. Takie rzeczy zawsze wracają (jak sylwester pod namiotem w górach i milion moich innych głupich pomysłów), tym razem przybyły wraz z wiosną. Analiza trasy, liczenie dni. Jak powiedziałem swoim rodzicielom o swym planie zdobycia Korony w dwa tygodnie, stracili resztki nadziei na choć krztę mego rozsądku. Do ostatniej chwili nie wiedziałem kiedy wyjadę. W końcu znalazłem lekko ponad dwa tygodnie wolnego. I wyjechałem…
Długą drogą przez Środę Wielkopolską i Wrocław, dotarłem w góry. Pierwsze dni miały być najgorsze. Najwięcej szczytów, dużo krótkich przejazdów. Wyruszyłem wyposażony w szczegółowy plan. Czasy wejść, czasy zejść. Czasy przejazdów, noclegi. W pierwszej części towarzyszyła mi koleżanka z Wrocławia. Pierwszego dnia wybraliśmy się na Biskupią Kopę. Szczyt znany, byłem tam nie dalej jak w lutym. Wbiegamy na szczyt, robimy zdjęcie i zbiegamy. Wtedy jeszcze nie miałem świadomości, że tak będzie przez następne 10 dni. Potem pojechaliśmy na Kłodzką Górkę. I… tu zaczęły się schody. W 1/3 zgubiliśmy szlak. Gdy wracaliśmy szukając go, odnaleźliśmy strzałkę... na korze oberwanej z drewna, zalegającej na ziemi. No nic trochę straconego czasu, na szczyt wbiegam już dalej sam. Zbiegam na dół i jedziemy w stronę Bielic. Nie wiedząc czy damy radę wejść przed zmrokiem rezygnujemy z planowanych na ten dzień kolejnych dwóch szczytów. Pierwszy dzień dał nam w kości.
Na dzień drugi w planie mieliśmy trzy szczyty plus dwa zaległe razem pięć. W tym Śnieżnik i jeszcze dwa powyżej 1000 m. Na Kowadło i Rudawiec wbiegamy z Bielic. Wsiadamy w samochód i dojeżdżamy pod Śnieżnik. Wybieramy najkrótsze wejście, ale jednak, droga długa. Gdy dochodziliśmy do szczytu już było widać deszczowe chmury nad głowami, gdy skończyliśmy robić zdjęcia już lało. Schodzimy w deszczu. Przemoczeni wsiadamy do samochodu i jedziemy na Jagodną. Na szczyt wchodzę sam. Droga się strasznie dłuży, idę drogą (samochód terenowy spokojnie by przejechał) i idę, i idę. Gdyby nie tabliczka szczytowa poszedłbym dalej. Ponoć każda góra ma charakter. Jagodnia ponoć też. Ja jednak nie znalazłem tego charakteru. Pewno gdyby nie Korona, mało kto by tu bywał (choć chyba i tak mało kto tu zagląda). Zaraz po zejściu zaczyna lać. Schodzę w deszczu. Nie poprawka – w ulewie. Drogą płynie strumień do połowy łydki. Buty mokre na wylot. W sumie nie miałem na sobie nic suchego. Kurtka, która nie jeden morski sztorm przeżyła, temu deszczowi nie podołała. Decyduję, ostatni szczyt na ten dzień odłożyć „na jutro”. W końcu i tak zrobiłem już jeden więcej niż planowałem… Ostatni plan to kolacja. Próbowaliście kiedyś zjeść kolację w Dusznikach-Zdrój o 2100 w środku sezonu? Nie? Może poleciłbym coś innego – ale otwarta była tylko jedna restauracja. Do tego z dancingiem. Ale takim prawdziwym, a średnia wieku na parkiecie strzelam, że jakieś 60. Niezapomniane przeżycie.
Tak odłożyć łatwo. To był piątek. Szczytów w planie: cztery. Zaległy: jeden. Razem? Pięć. Zaczynamy od Orlicy (szczyt, bez szczytu). Robimy zdjęcie pod tablicą z przejściem granicznym (przecież napisałem, że nie ma szczytu) i zbiegamy. Potem Szczeliniec Wielki, Wielka Sowa i Waligóra. Waligóra była szczytem wyjątkowym z dwóch powodów. Primo: od schroniska Andrzejówka wchodzi się na nią 15 minut, a w tym czasie robi się 200 metrów przewyższenia (i wypluwa płuca). Secundo: był to dziesiąty szczyt. Psychicznie już lepiej. A i do połowy tylko 4… Ostatni jest Chełmiec. Na szczyt prowadzi droga krzyżowa (i asfaltowa pryz okazji). Wybieramy szlak na skróty i wchodzimy. Zbiegamy do auta i z radością jedziemy do Karpacza.
W planie na sobotę „luzik„ – tylko dwa szczyty. Po pięciu z dnia poprzedniego brzmi to super. Zaczynamy od Śnieżki. W bardzo ładnej (nawet nie wiem czy nie za bardzo) pogodzie, wchodzimy i schodzimy ze szczytu. Potem Skalnik i w stronę Szklarskiej Poręby.
Niedzielę zaczynamy od szczytu na który nie prowadzi szlak, tylko ścieżka – Wysoka Kopa. Ścieżkę odnajdujemy i wchodzimy na szczyt. Wszystko wskazuje na to, że pogoda się odmieniła i (przynajmniej przez jakiś czas) będzie mi sprzyjać. I najwyższa pora na to, bo to już przecież połowa szczytów! Na koniec niedzieli zostają nam Skopiec (gdzie szczyt to po prostu kamień pomiarowy) i Ślęża – czyli podstawowy weekendowy „spacerniak” Wrocławian. Przez Wrocław ruszam dalej, ale już sam – teraz przede mną najgorsza część wyprawy.
W poniedziałek spotykam się z koleżanką z pracy z zeszłego roku w Pszczynie i ruszam dalej. Po drodze na Czupla podwożę miejscowego na stopa. Opowiadam mu co robię w tych stronach (zdziwiony był widząc moją „gdańską” rejestrację). Zafascynowany dzwoni do kolegi i w ten sposób mam gdzie już zostawić dość wysoko samochód, aby zaoszczędzić wbiegania asfaltem. Czupel zdobywam przy zachodzie słońca i po ciemku ze Szczyrku wyruszam na Skrzyczne. Na szczycie kilka zdjęć, podziwiam Szczyrk nocą z góry i schodzę na dół, przecież czeka mnie przejazd dalej w stronę Babiej Góry.
Noc spędzam gdzieś na stacji zamieszkawszy już na dobre w samochodzie. Nad ranem ruszamy dalej. Dzień zaczynam Babią Górą. Ze względu na to, iż spodziewam się wyjazdu na ConCordie koło weekendu decyduje się na zmianę planów, tak aby jak najszybciej zdobić Rysy. 20. szczytem wyprawy zostaje Lubomir ze obserwatorium astronomicznym na szczycie, a 21. Mogielnica. Po zejściu z niej (a pogoda postanowiła przestać mi sprzyjać) wsiadam do Swifta i koło północy podjeżdżam na Polanę Palenicę. Pierwotny plan wyruszenia do Moka i przespania się tam przegrywa ze zmęczeniem. Nie wychodzi wstanie o 2, nie wychodzi wstanie o 3. Wstaję o 4 i ruszam na Rysy. 22. szczyt wyprawy zdobywam w bardzo złych warunkach, a ze względu na deszcz decyduję się na zejście przez słowacką stronę. Cały czas towarzyszy mi chłopak z Wrocławia (który urwał się dziewczynie na jeden dzień). Po zejściu z Rys dowiaduję się, że następnego dnia wieczorem (w czwartek) czas być w Warszawie, aby wyruszyć do Budapesztu. Kolejna zmiana planów. Radziejowa, Wysoka i Turbacz zostają na „potem” jak wrócę z Węgier. Jeszcze tej samej nocy zdobywam Lackową (ale to było strome podjeście!) i podjeżdżam pod Tarnicę (przez ponad 2 godziny przez Bieszczady, prawie w ogóle nie wyłączałem świateł drogowych! i widziałem bardzo dużo zwierząt). Kilka godzin snu i jako jeden z pierwszych wyruszam na Tarnicę. Kolejna na czwartek (i ostatnia na ten etap) jest Łysa Góra. Łysica jest 25. szczytem wyprawy, a czwartek jest jej 9 dniem. Z przyjemnością witam się z Warszawą, prysznicem i łóżkiem. Przez weekend jestem w Budapeszcie, w niedzielę wieczorem odwożę znajomego na dworzec w Krakowie, sam wracam w góry. Podjeżdżam pod Radziejową. Koło północy wyruszam. Trzy godzinna trasa asfaltem ostro pod górę daje mi wycisk. Ale w końcu jest. Schodzę i jadę dalej. Śpię gdzieś już na Słowacji. Na Wysoką wchodzę od strony słowackiej (liczy się każda minuta, jeszcze w poniedziałek wieczorem chcę być w Warszawie). Jako 28. czyli ostatni zostaje mi jeden z ukochanych szczytów Karola Wojtyły. Widać to po mijanej w drodze na Turbacz kapliczce. I tym, że idzie się żółtym „papieskim” szlakiem. Na szczycie obelisk, który dla mnie jest symbolem zwycięstwa! Zdobyłem 28 szczytów w 10 dni. Zrobiłem to w co sam nie wierzyłem, choć upierałem się że dam radę. Korona żegna mnie w strugach deszczu. Po rad drugi podczas tej wyprawy przemaka mi wszystko. Droga do Warszawy to już przyjemność z poczuciem zwycięstwa.
Nie raz podczas tej wyprawy zastanawiałem się po co, czy warto. Teraz siedząc w zaciszu domu, gdy za oknem panuje już jesień, wiem że było warto. Nie tylko po to aby zdobyć coś niecodziennego, ale po to aby sobie udowodnić, że każde nawet najgłupsze pomysły i marzenia można zrealizować.
I na koniec chciałem podziękować Natalii za towarzystwo w pierwszym tygodniu wyprawy, dzięki Tobie nie poddałem się na samym początku, a z każdym kolejnym szczytem zyskała mi motywacja do ukończenia Korony. Dh. Adamowi za gościnę w Warszawie i wspólny wyjazd na Węgry. Towarzyszowi z Rys, którego imienia niestety nie pamiętam, za wspólną wędrówkę. Oraz na koniec – najwierniejszemu mojemu towarzyszowi wyprawy: Swiftowi. Dzięki stary, że się nie zepsułeś i nie robiłeś żadnych numerów, razem przebyliśmy kawał drogi.

niedziela, 13 czerwca 2010

Wybory wygra pan K.


Nikt z nas nie ma wątpliwości, że przyszłotygodniowy pojedynek odbędzie się pomiędzy panami K. i K. (i oczywiście nie chodzi o p. Korwina-Mikke).
Martwi mnie tylko to co zawsze – frekwencja. I wcale nie martwię się ewentualną wygraną pana K. (czyt. „ka”). Spakowanie zajmie mi kilka minut, dyplom wyślą pocztą na wskazany adres, a ja poszukam spokoju duszy gdzieś, gdzie nie będzie dostępu do informacji z Kraju, co by nerwów (czyt. włosów) nie tracił.
Niestety Polacy dzielą się: na zdecydowany na pana K., zdecydowanych na pana K., zdecydowanych aby stracić swój głos, głosując na kogoś bez szans oraz na niezdecydowanych. Te ostatnie dwie grupy najbardziej mnie martwią. O ile jestem w stanie zrozumieć tych pierwszych, że są zdecydowani, mają określone poglądy których żaden z p. K. nie prezentuje (choć nie wiem czy takie mają szanse istnieć – bo to przecież dwa przeciwieństwa), o tyle ci niezdecydowani, mnie strasznie zastanawiają. Jeśli ktoś żyje w jakimś społeczeństwie to chyba ma jakąś świadomość tego co dzieje się dookoła?
Pójść do wyborów to nasz obowiązek, każdego obywatela demokratycznego Państwa. Nie mamy takich „obowiązków” wiele, więc czemu nie chcemy ich realizować?
Tym bardziej, że głosując na kogokolwiek innego niż pan K. (czyt. „ko”), głosujemy na p. K (czyt. „ka”). A ja jednak lubię Polskę i chciałbym tu nadal mieszkać…

poniedziałek, 10 maja 2010

Pseudo wartość złotówki


Będzie krótko.
Wystarczy jedna Gracja (z którą tak naprawdę nie utrzymujemy jakiś specjalnych kontaktów gospodarczych), aby nasza złotówka znów była niedowartościowana. Wystarczy jedna, tak naprawdę nic nie znacząca umowa, aby złotówka się ustabilizowała (umocniła).
Oj coś mój nos mi mówi, że powoli idzie tak przez wszystkich „wyczekiwana” druga fala kryzysu… Mam wielką nadzieję, że się mylę. I obym się mylił...