Ci co mnie znają, wiedzą że jestem nieobliczalny. Gdy jakiś rok temu po raz pierwszy powiedziałem publicznie o swym planie zdobycia Korony, jedni zrobili wielkie oczy, drudzy zapytali co to, a trzeci (wyjątkowo czule) zmartwili się o stan mojego zdrowia (zwłaszcza psychicznego). W rytmie normalnego życia, moje zamiary odeszły na dalszy plan…
Ale wróciły. Takie rzeczy zawsze wracają (jak sylwester pod namiotem w górach i milion moich innych głupich pomysłów), tym razem przybyły wraz z wiosną. Analiza trasy, liczenie dni. Jak powiedziałem swoim rodzicielom o swym planie zdobycia Korony w dwa tygodnie, stracili resztki nadziei na choć krztę mego rozsądku. Do ostatniej chwili nie wiedziałem kiedy wyjadę. W końcu znalazłem lekko ponad dwa tygodnie wolnego. I wyjechałem…
Długą drogą przez Środę Wielkopolską i Wrocław, dotarłem w góry. Pierwsze dni miały być najgorsze. Najwięcej szczytów, dużo krótkich przejazdów. Wyruszyłem wyposażony w szczegółowy plan. Czasy wejść, czasy zejść. Czasy przejazdów, noclegi. W pierwszej części towarzyszyła mi koleżanka z Wrocławia. Pierwszego dnia wybraliśmy się na Biskupią Kopę. Szczyt znany, byłem tam nie dalej jak w lutym. Wbiegamy na szczyt, robimy zdjęcie i zbiegamy. Wtedy jeszcze nie miałem świadomości, że tak będzie przez następne 10 dni. Potem pojechaliśmy na Kłodzką Górkę. I… tu zaczęły się schody. W 1/3 zgubiliśmy szlak. Gdy wracaliśmy szukając go, odnaleźliśmy strzałkę... na korze oberwanej z drewna, zalegającej na ziemi. No nic trochę straconego czasu, na szczyt wbiegam już dalej sam. Zbiegam na dół i jedziemy w stronę Bielic. Nie wiedząc czy damy radę wejść przed zmrokiem rezygnujemy z planowanych na ten dzień kolejnych dwóch szczytów. Pierwszy dzień dał nam w kości.
Na dzień drugi w planie mieliśmy trzy szczyty plus dwa zaległe razem pięć. W tym Śnieżnik i jeszcze dwa powyżej 1000 m. Na Kowadło i Rudawiec wbiegamy z Bielic. Wsiadamy w samochód i dojeżdżamy pod Śnieżnik. Wybieramy najkrótsze wejście, ale jednak, droga długa. Gdy dochodziliśmy do szczytu już było widać deszczowe chmury nad głowami, gdy skończyliśmy robić zdjęcia już lało. Schodzimy w deszczu. Przemoczeni wsiadamy do samochodu i jedziemy na Jagodną. Na szczyt wchodzę sam. Droga się strasznie dłuży, idę drogą (samochód terenowy spokojnie by przejechał) i idę, i idę. Gdyby nie tabliczka szczytowa poszedłbym dalej. Ponoć każda góra ma charakter. Jagodnia ponoć też. Ja jednak nie znalazłem tego charakteru. Pewno gdyby nie Korona, mało kto by tu bywał (choć chyba i tak mało kto tu zagląda). Zaraz po zejściu zaczyna lać. Schodzę w deszczu. Nie poprawka – w ulewie. Drogą płynie strumień do połowy łydki. Buty mokre na wylot. W sumie nie miałem na sobie nic suchego. Kurtka, która nie jeden morski sztorm przeżyła, temu deszczowi nie podołała. Decyduję, ostatni szczyt na ten dzień odłożyć „na jutro”. W końcu i tak zrobiłem już jeden więcej niż planowałem… Ostatni plan to kolacja. Próbowaliście kiedyś zjeść kolację w Dusznikach-Zdrój o 2100 w środku sezonu? Nie? Może poleciłbym coś innego – ale otwarta była tylko jedna restauracja. Do tego z dancingiem. Ale takim prawdziwym, a średnia wieku na parkiecie strzelam, że jakieś 60. Niezapomniane przeżycie.
Tak odłożyć łatwo. To był piątek. Szczytów w planie: cztery. Zaległy: jeden. Razem? Pięć. Zaczynamy od Orlicy (szczyt, bez szczytu). Robimy zdjęcie pod tablicą z przejściem granicznym (przecież napisałem, że nie ma szczytu) i zbiegamy. Potem Szczeliniec Wielki, Wielka Sowa i Waligóra. Waligóra była szczytem wyjątkowym z dwóch powodów. Primo: od schroniska Andrzejówka wchodzi się na nią 15 minut, a w tym czasie robi się 200 metrów przewyższenia (i wypluwa płuca). Secundo: był to dziesiąty szczyt. Psychicznie już lepiej. A i do połowy tylko 4… Ostatni jest Chełmiec. Na szczyt prowadzi droga krzyżowa (i asfaltowa pryz okazji). Wybieramy szlak na skróty i wchodzimy. Zbiegamy do auta i z radością jedziemy do Karpacza.
W planie na sobotę „luzik„ – tylko dwa szczyty. Po pięciu z dnia poprzedniego brzmi to super. Zaczynamy od Śnieżki. W bardzo ładnej (nawet nie wiem czy nie za bardzo) pogodzie, wchodzimy i schodzimy ze szczytu. Potem Skalnik i w stronę Szklarskiej Poręby.
Niedzielę zaczynamy od szczytu na który nie prowadzi szlak, tylko ścieżka – Wysoka Kopa. Ścieżkę odnajdujemy i wchodzimy na szczyt. Wszystko wskazuje na to, że pogoda się odmieniła i (przynajmniej przez jakiś czas) będzie mi sprzyjać. I najwyższa pora na to, bo to już przecież połowa szczytów! Na koniec niedzieli zostają nam Skopiec (gdzie szczyt to po prostu kamień pomiarowy) i Ślęża – czyli podstawowy weekendowy „spacerniak” Wrocławian. Przez Wrocław ruszam dalej, ale już sam – teraz przede mną najgorsza część wyprawy.
W poniedziałek spotykam się z koleżanką z pracy z zeszłego roku w Pszczynie i ruszam dalej. Po drodze na Czupla podwożę miejscowego na stopa. Opowiadam mu co robię w tych stronach (zdziwiony był widząc moją „gdańską” rejestrację). Zafascynowany dzwoni do kolegi i w ten sposób mam gdzie już zostawić dość wysoko samochód, aby zaoszczędzić wbiegania asfaltem. Czupel zdobywam przy zachodzie słońca i po ciemku ze Szczyrku wyruszam na Skrzyczne. Na szczycie kilka zdjęć, podziwiam Szczyrk nocą z góry i schodzę na dół, przecież czeka mnie przejazd dalej w stronę Babiej Góry.
Noc spędzam gdzieś na stacji zamieszkawszy już na dobre w samochodzie. Nad ranem ruszamy dalej. Dzień zaczynam Babią Górą. Ze względu na to, iż spodziewam się wyjazdu na ConCordie koło weekendu decyduje się na zmianę planów, tak aby jak najszybciej zdobić Rysy. 20. szczytem wyprawy zostaje Lubomir ze obserwatorium astronomicznym na szczycie, a 21. Mogielnica. Po zejściu z niej (a pogoda postanowiła przestać mi sprzyjać) wsiadam do Swifta i koło północy podjeżdżam na Polanę Palenicę. Pierwotny plan wyruszenia do Moka i przespania się tam przegrywa ze zmęczeniem. Nie wychodzi wstanie o 2, nie wychodzi wstanie o 3. Wstaję o 4 i ruszam na Rysy. 22. szczyt wyprawy zdobywam w bardzo złych warunkach, a ze względu na deszcz decyduję się na zejście przez słowacką stronę. Cały czas towarzyszy mi chłopak z Wrocławia (który urwał się dziewczynie na jeden dzień). Po zejściu z Rys dowiaduję się, że następnego dnia wieczorem (w czwartek) czas być w Warszawie, aby wyruszyć do Budapesztu. Kolejna zmiana planów. Radziejowa, Wysoka i Turbacz zostają na „potem” jak wrócę z Węgier. Jeszcze tej samej nocy zdobywam Lackową (ale to było strome podjeście!) i podjeżdżam pod Tarnicę (przez ponad 2 godziny przez Bieszczady, prawie w ogóle nie wyłączałem świateł drogowych! i widziałem bardzo dużo zwierząt). Kilka godzin snu i jako jeden z pierwszych wyruszam na Tarnicę. Kolejna na czwartek (i ostatnia na ten etap) jest Łysa Góra. Łysica jest 25. szczytem wyprawy, a czwartek jest jej 9 dniem. Z przyjemnością witam się z Warszawą, prysznicem i łóżkiem. Przez weekend jestem w Budapeszcie, w niedzielę wieczorem odwożę znajomego na dworzec w Krakowie, sam wracam w góry. Podjeżdżam pod Radziejową. Koło północy wyruszam. Trzy godzinna trasa asfaltem ostro pod górę daje mi wycisk. Ale w końcu jest. Schodzę i jadę dalej. Śpię gdzieś już na Słowacji. Na Wysoką wchodzę od strony słowackiej (liczy się każda minuta, jeszcze w poniedziałek wieczorem chcę być w Warszawie). Jako 28. czyli ostatni zostaje mi jeden z ukochanych szczytów Karola Wojtyły. Widać to po mijanej w drodze na Turbacz kapliczce. I tym, że idzie się żółtym „papieskim” szlakiem. Na szczycie obelisk, który dla mnie jest symbolem zwycięstwa! Zdobyłem 28 szczytów w 10 dni. Zrobiłem to w co sam nie wierzyłem, choć upierałem się że dam radę. Korona żegna mnie w strugach deszczu. Po rad drugi podczas tej wyprawy przemaka mi wszystko. Droga do Warszawy to już przyjemność z poczuciem zwycięstwa.
Nie raz podczas tej wyprawy zastanawiałem się po co, czy warto. Teraz siedząc w zaciszu domu, gdy za oknem panuje już jesień, wiem że było warto. Nie tylko po to aby zdobyć coś niecodziennego, ale po to aby sobie udowodnić, że każde nawet najgłupsze pomysły i marzenia można zrealizować.
I na koniec chciałem podziękować Natalii za towarzystwo w pierwszym tygodniu wyprawy, dzięki Tobie nie poddałem się na samym początku, a z każdym kolejnym szczytem zyskała mi motywacja do ukończenia Korony. Dh. Adamowi za gościnę w Warszawie i wspólny wyjazd na Węgry. Towarzyszowi z Rys, którego imienia niestety nie pamiętam, za wspólną wędrówkę. Oraz na koniec – najwierniejszemu mojemu towarzyszowi wyprawy: Swiftowi. Dzięki stary, że się nie zepsułeś i nie robiłeś żadnych numerów, razem przebyliśmy kawał drogi.